Back to overview

Ból

Cisza pod skórą

Bucky Barnes nie lubił zmian. Po dekadach bycia narzędziem w rękach Hydry, a potem uciekinierem i wreszcie niepewnym swojej roli mścicielem, rutyna była jedyną rzeczą, która trzymała go w pionie. A Cassie stała się częścią tej rutyny. Była jak cichy port, do którego zawijał, gdy świat stawał się zbyt głośny, a wspomnienia o mroźnych lasach Syberii zbyt wyraźne.

Kiedy szedł w stronę „The Rusty Anchor”, czuł znajome mrowienie w opuszkach palców lewej ręki. Wiedział, co się wydarzy. Wejdzie, usiądzie w rogu, rzuci jakiś cierpki komentarz, a ona, ze swoim nieśmiałym uśmiechem i spuszczonym wzrokiem, naleje mu whisky. Potem, po zamknięciu, pójdą do niej, a on na kilka godzin zapomni o tym, że jest potworem stworzonym do zabijania.

Jednak gdy pchnął ciężkie, dębowe drzwi, coś było nie tak. Zapach był ten sam – mieszanka taniego piwa i starego drewna – ale atmosfera wydawała się inna. Za barem nie stała drobna sylwetka Cassie. Zamiast niej, kufle polerował potężny mężczyzna z brodą, który wyglądał, jakby chętniej łamał karki niż serwował drinki.

Bucky zmarszczył brwi. Przeszedł przez salę, ignorując spojrzenia kilku stałych bywalców, i usiadł na swoim stałym miejscu.

– Gdzie ona jest? – zapytał bez przywitania, a jego głos był chłodniejszy niż lód w szklance.

Barman spojrzał na niego spod krzaczastych brwi, oceniając zagrożenie. Rozpoznał Barnesa. W tej okolicy każdy wiedział, że lepiej nie zadzierać z facetem o spojrzeniu tysiąca mil.

– Jeśli pytasz o Cassie, to jej nie ma – odparł krótko, stawiając przed Buckym pustą szklankę. – Chora. Ledwo stała na nogach wczoraj wieczorem, więc kazałem jej zostać w domu.

Bucky poczuł nagłe ukłucie niepokoju, które natychmiast stłumił. Nie powinna go obchodzić. Była tylko zabawką, kimś, kto wypełniał pustkę. A jednak myśl o niej, bezbronnej i chorej w tym małym, zagraconym mieszkanku, sprawiła, że whisky, którą barman właśnie nalał, wydała mu się gorzka.

– Co jej jest? – rzucił, bębniąc palcami o blat.

– Grypa, osłabienie, diabli wiedzą – barman wzruszył ramionami. – Pracuje za dużo, je za mało. Klasyka.

Bucky nie dopił drinka. Rzucił banknot na ladę i wyszedł, nie oglądając się za siebie. Powinien wrócić do wieży. Powinien poćwiczyć na siłowni albo posiedzieć z Samem, który pewnie znowu próbowałby go wyciągnąć na „normalne” spotkanie towarzyskie. Ale jego nogi same niosły go w stronę kamienicy, w której mieszkała Cassie.

Przeklinał się w duchu. To było toksyczne, wiedział o tym. Traktował ją przedmiotowo, odchodził rano bez słowa, a teraz nagle bawił się w opiekuna? To nie pasowało do obrazu Zimowego Żołnierza. A jednak, gdy stanął pod jej drzwiami, nie potrafił odejść.

Wyjął z kieszeni wytrych – nawyk z dawnych lat – i po kilku sekundach zamek ustąpił. Wszedł do środka cicho jak cień.

W mieszkaniu panował półmrok. Pachniało lawendą, ale tym razem domieszką był zapach choroby i potu. Cassie leżała na łóżku, zwinięta w kłębek pod stosem koców. Jej oddech był świszczący i nierówny.

Bucky podszedł do łóżka i położył ludzką dłoń na jej czole. Było rozpalone.

– Cassie? – szepnął.

Otworzyła oczy, ale ich spojrzenie było mętne, nieobecne. Przez chwilę patrzyła na niego, jakby był wytworem jej gorączkowych snów.

– Bucky? – wychrypiała, próbując się podnieść, ale opadła z powrotem na poduszkę. – Co ty... bar jest otwarty... powinnam tam być...

– Leż – rozkazał tonem, który nie znosił sprzeciwu. – Nigdzie nie idziesz.

Usiadł na brzegu materaca, czując, jak bardzo nie pasuje do tego miękkiego, kobiecego świata. Jego metalowe ramię lśniło w świetle ulicznej latarni wpadającym przez okno. Cassie patrzyła na nie z dziwną fascynacją, którą zawsze wykazywała, gdy byli blisko. Nigdy się go nie bała. To była jedna z rzeczy, które najbardziej go w niej irytowały i jednocześnie pociągały.

– Pić – wyszeptała.

Poszedł do kuchni. Znalazł czystą szklankę, nalał wody, a potem przeszukał szafki w poszukiwaniu jakichkolwiek leków. Znalazł tylko stare opakowanie aspiryny. Zaklął pod nosem. Ta dziewczyna kompletnie o siebie nie dbała.

Wrócił do pokoju, pomógł jej usiąść i przyłożył szklankę do jej spękanych warg. Piła chciwie, a kilka kropel spłynęło po jej brodzie. Bucky otarł je kciukiem, a jego dotyk, choć zamierzony jako neutralny, był niespodziewanie delikatny.

– Dlaczego tu jesteś? – zapytała, gdy odzyskała nieco sił. Jej głos był cichy, pozbawiony asertywności, którą i tak rzadko wykazywała. – Przecież dzisiaj... dzisiaj nie nadaję się do niczego.

Bucky poczuł, jak szczęka mu twardnieje. Wiedział, co sugerowała. Że skoro nie może mu dać tego, czego zazwyczaj szukał w jej łóżku, jego obecność tutaj nie ma sensu. To była prawda, którą sam jej wpoił swoim zachowaniem.

– Zamknij się, Cassie – mruknął, ale nie było w tym złości. – Śpij.

– Nie zostawiaj mnie – szepnęła, zamykając oczy. Jej dłoń, rozpalona gorączką, odszukała jego metalową rękę i zacisnęła się na zimnym palladzie.

Bucky zamarł. Większość ludzi wzdrygała się na dotyk tej ręki. Dla niego samego była ona przypomnieniem wszystkiego, co w nim zniszczone. Ale dla niej była po prostu częścią niego.

Siedział tak przez godzinę, patrząc, jak walczy z chorobą. W jego głowie toczyła się walka. Jedna część niego chciała uciec, wrócić do bycia zimnym i niedostępnym, do traktowania jej jak przystanku. Druga część, ta, którą tak głęboko zakopał, czuła potworny ból na widok jej cierpienia.

Wstał cicho, uwalniając rękę z jej uścisku. Musiał coś zrobić. Wybiegł z mieszkania, odnalazł całodobową aptekę i sklep spożywczy. Kupował rzeczy chaotycznie: silne leki na gorączkę, termometr, herbatę, miód, cytryny, a nawet gotowy rosół w słoiku, bo przypomniało mu się, że Steve zawsze powtarzał, że to pomaga.

Kiedy wrócił, Cassie znów majaczyła.

– Nie, proszę... ja tylko... – mruczała przez sen, rzucając się na poduszce.

Bucky szybko przygotował leki. Podawał jej je z precyzją żołnierza wykonującego misję ratunkową. Potem zwilżył ręcznik zimną wodą i zaczął robić jej okłady na czoło i kark.

Przez całą noc nie zmrużył oka. Siedział na twardym krześle przy łóżku, zmieniając okłady i pilnując, by piła wodę. Obserwował ją. W świetle nocy wyglądała na jeszcze młodszą, bardziej kruchą. Zastanawiał się, co taka dziewczyna jak ona widzi w kimś takim jak on. Była cicha, umiała walczyć, ale w środku wydawała się złamana w sposób, który doskonale rozumiał.

Nad ranem gorączka w końcu zaczęła spadać. Oddech Cassie stał się spokojniejszy, a na jej twarzy pojawił się cień różu zamiast chorobliwej bladości. Bucky poczuł ulgę, która go przeraziła.

Gdy pierwsze promienie słońca zaczęły zaglądać do pokoju, Cassie otworzyła oczy. Tym razem były przytomne. Zobaczyła go siedzącego obok, z podkrążonymi oczami i rozczochranymi włosami.

– Wciąż tu jesteś – powiedziała, a w jej głosie brzmiało niedowierzanie.

Bucky odwrócił wzrok, nagle czując się skrępowany.

– Musiałem dopilnować, żebyś nie wykitowała. Kto by mi nalewał whisky w „Anchorze”? – rzucił cynicznie, próbując przywdziać swoją zwykłą maskę.

Cassie uśmiechnęła się słabo.

– Dziękuję, Bucky.

– Nie dziękuj. Zrób sobie herbatę, leki są na szafce. Muszę iść.

Wstał gwałtownie, chcąc jak najszybciej opuścić tę sferę intymności, która nie opierała się na seksie, lecz na czymś znacznie groźniejszym – na trosce.

– Bucky? – zawołała, gdy był już przy drzwiach.

Zatrzymał się, ale nie odwrócił.

– Dlaczego to zrobiłeś? Przecież mówiłeś, że jestem tylko... pod ręką.

Bucky zacisnął dłonie w pięści. Czuł, jak ściany tego małego mieszkania zaczynają go przytłaczać.

– Jesteś – warknął, choć sam nie wierzył w to, co mówi. – Po prostu nie lubię, gdy moje rzeczy się psują.

Wyszedł, trzaskając drzwiami głośniej, niż zamierzał. Biegł po schodach, czując, jak serce wali mu w piersi. Nienawidził tego uczucia. Nienawidził tego, że Cassie zaczynała drążyć dziury w jego pancerzu.

Przez następne dwa dni nie pojawiał się w barze. Próbował wmówić sobie, że ma ciekawsze rzeczy do roboty. Trenował do utraty tchu, czytał książki, których nie rozumiał, i unikał rozmów z kimkolwiek. Ale obraz Cassie trzymającej go za metalową rękę powracał do niego w każdej wolnej chwili.

Trzeciego dnia nie wytrzymał. Wszedł do „The Rusty Anchor” tuż przed zamknięciem. Cassie była tam. Wyglądała na osłabioną, ale pracowała. Gdy go zobaczyła, jej oczy rozbłysły, a potem natychmiast zgasły, jakby przypomniała sobie jego chłodne pożegnanie.

– To samo? – zapytała, stawiając przed nim szklankę.

– To samo – odparł, wpatrując się w blat.

Siedzieli w milczeniu. W barze nie było już prawie nikogo. Atmosfera była gęsta od niewypowiedzianych słów. Bucky czuł, że powinien coś powiedzieć, przeprosić albo chociaż zapytać, jak się czuje, ale duma i strach przed bliskością skutecznie kneblowały mu usta.

– Kończę za pięć minut – szepnęła w końcu, nie patrząc na niego.

Bucky skinął głową.

Gdy wyszli na zewnątrz, nocne powietrze było chłodne. Cassie otuliła się ciasno cienkim płaszczem. Bucky patrzył na nią i czuł narastającą wściekłość na samego siebie. Wiedział, że zaraz pójdą do niej, że znów wykorzysta jej brak asertywności, jej cichą potrzebę akceptacji, a rano znów ją zostawi.

– Nie powinnaś była przychodzić do pracy – powiedział szorstko, gdy szli pustą ulicą. – Wciąż jesteś blada.

– Muszę z czegoś żyć, Bucky. Nie każdy ma apartament w wieży Starka – odparła z rzadką u niej nutą sarkazmu.

Zatrzymał się i złapał ją za ramię, odwracając w swoją stronę.

– Nie pyskuj mi.

Cassie spojrzała mu prosto w oczy. Nie było w niej strachu, tylko głęboki, dojmujący smutek.

– Dlaczego tak mnie traktujesz? – zapytała cicho. – Jednej nocy ratujesz mi życie, pilnujesz mnie, gdy palę się od gorączki, a następnej traktujesz mnie jak śmiecia, który przeszkadza ci w planach. Co jest z tobą nie tak?

Bucky poczuł, jak krew uderza mu do głowy. Przyciągnął ją bliżej, tak że czuł ciepło jej ciała.

– Chcesz wiedzieć, co jest ze mną nie tak? – wychrypiał. – Wszystko. Jestem mordercą, Cassie. Jestem wrakiem faceta, który zmarł siedemdziesiąt lat temu. Nie potrafię dawać nic poza bólem i rozczarowaniem. Więc biorę to, co mogę, i uciekam, zanim ktoś zauważy, że w środku nic nie ma.

– To nieprawda – powiedziała, kładąc dłoń na jego piersi, tam gdzie biło serce. – Widziałam cię tamtej nocy. Widziałam, jak na mnie patrzyłeś. Nie jesteś pusty. Jesteś po prostu przerażony.

Bucky zaśmiał się gorzko, ale był to dźwięk pełen bólu.

– Ty nic nie rozumiesz.

Pchnął ją lekko w stronę wejścia do jej kamienicy. Weszli na górę w milczeniu, które było głośniejsze niż jakakolwiek kłótnia. Gdy tylko zamknęli drzwi, rzucił się na nią z desperacją, która nie miała nic wspólnego z pożądaniem, a wszystko z potrzebą zagłuszenia własnych myśli.

Tej nocy był brutalniejszy niż zazwyczaj, ale Cassie przyjmowała to wszystko z pokorą, która doprowadzała go do szału. Chciał, żeby krzyczała, żeby go uderzyła, żeby kazała mu się wynosić. Ale ona tylko gładziła go po plecach, szepcząc jego imię, jakby próbowała go egzorcyzmować z jego własnych demonów.

Kiedy skończyli, Bucky leżał na plecach, patrząc w sufit. Czuł się brudny. Nie fizycznie, ale psychicznie. Wykorzystał ją znowu, wiedząc, że ona na to pozwoli, bo go kocha – choć nigdy tego nie powiedziała, czuł to w każdym jej dotyku. A on? On po prostu nie potrafił przestać.

Zasnął na chwilę, a gdy się obudził, było tuż przed świtem. To był moment, w którym zazwyczaj się wymykał. Wstał cicho, ubrał się, starając się nie patrzeć na śpiącą dziewczynę.

Już miał wyjść, już jego dłoń spoczywała na klamce, gdy przypomniał sobie widok Cassie zwiniętej w kłębek pod kocami, trzęsącej się z zimna kilka dni temu. Przypomniał sobie, jak podawał jej wodę i jak bardzo bał się, że jej się pogorszy.

Zatrzymał się.

Odwrócił się i spojrzał na szafkę nocną. Zobaczył tam opakowanie leków, które jej kupił. Obok leżał mały, wysłużony notes, w którym pewnie zapisywała wydatki albo zamówienia z baru.

Wyjął długopis z kieszeni kurtki i na marginesie ostatniej strony nabazgrał kilka słów.

„Zjedz coś pożywnego. Wrócę wieczorem”.

To nie było wyznanie miłości. To nie była obietnica zmiany. Ale dla kogoś takiego jak Bucky Barnes, było to największe ryzyko, na jakie kiedykolwiek się zdobył.

Wyszedł z mieszkania, ale tym razem nie uciekał. Szedł powoli, czując, jak rdza na jego sercu zaczyna kruszeć pod wpływem czegoś, czego nie potrafił nazwać, ale co sprawiało, że poranne powietrze wydawało się nieco lżejsze do oddychania.

Wiedział, że to wciąż toksyczne. Wiedział, że wciąż ją rani. Ale po raz pierwszy od bardzo dawna, Bucky Barnes miał zamiar wrócić nie dlatego, że musiał, ale dlatego, że chciał zobaczyć jej uśmiech, gdy przeczyta tę krótką wiadomość.

Zabawka zaczynała stawać się kotwicą, a on, choć przerażony, nie był już pewien, czy chce przeciąć linę.