Back to overview

Ból

Cienie na krawędzi świtu

Bucky stał pod drzwiami apartamentu w wieży Avengers, wpatrując się w metalową powierzchnię windy, która odbijała jego zmęczoną twarz. Powinien czuć ulgę. Zrobił coś „ludzkiego”. Zostawił kartkę. Dał znak, że wróci. Ale zamiast spokoju czuł narastającą panikę, która dusiła go bardziej niż wspomnienia o kriokomorze.

W jego świecie troska była słabością, którą Hydra wykorzystywała do łamania ludzi. Jeśli Cassie stała się dla niego kimś więcej niż tylko szybkim sposobem na rozładowanie napięcia, stawała się też celem. Albo, co gorsza, stawała się lustrem, w którym musiał oglądać swoje własne zepsucie.

Wszedł do środka i rzucił kurtkę na designerski fotel. W kuchni zastał Sama Wilsona, który o tej nieludzkiej porze pił kawę i przeglądał raporty na tablecie. Sam uniósł wzrok, zmierzył Bucky’ego wzrokiem i uniósł brew.

— Wyglądasz jak siedem nieszczęść, Barnes. Znowu nocne marki? — zapytał Sam, odstawiając kubek.

— Nie twój interes, Sam — burknął Bucky, podchodząc do ekspresu.

— Skoro wracasz o piątej rano z miną, jakbyś właśnie kogoś zamordował albo... zakochał się, to zaczyna być mój interes. Jesteś na moim posterunku, stary.

Bucky odwrócił się gwałtownie, a jego metalowe ramię szczęknęło cicho.

— Nie jestem zakochany. I nie jestem na niczyim posterunku. Po prostu... miałem sprawy do załatwienia na mieście.

Sam westchnął i oparł się o blat.

— Słuchaj, wszyscy wiemy o tej barmance z „The Rusty Anchor”. Ludzie gadają, Bucky. Widzieli cię tam. Widzieli, jak wynosisz jakiegoś kolesia za fraki. Jeśli ta dziewczyna ma być dla ciebie tylko kolejnym sposobem na ucieczkę od terapii, to daj jej spokój. Ona wygląda na taką, co nie potrafi się bronić przed kimś takim jak ty.

Słowa Sama uderzyły w czuły punkt. „Nie potrafi się bronić przed kimś takim jak ty”. To była prawda. Cassie nie miała tarczy, nie miała zbroi, a jej jedyną bronią była cisza i ta przeklęta, niezachwiana cierpliwość.

— Ona umie się bić — odparował Bucky, choć brzmiało to słabo nawet w jego własnych uszach. — Trenowała.

— Może i umie przyłożyć facetowi w barze, ale nie umie walczyć z tym, co ty jej robisz — odrzekł cicho Sam. — Traktujesz ją jak zabawkę, Barnes. Widzę to po tobie. A ona pewnie czeka na ciebie z kolacją, której nigdy nie zjesz.

Bucky nie odpowiedział. Zabrał swoją kawę i zaszył się w pokoju treningowym. Bił w worek treningowy tak długo, aż jego ludzkie knykcie zaczęły krwawić, a metalowa dłoń wgniotła skórę worka na wylot. Każdy cios był karą za to, że pozwolił sobie na tę krótką wiadomość w notesie. „Wrócę wieczorem”. Te dwa słowa wiązały go mocniej niż jakiekolwiek kajdany Hydry.

***

W tym samym czasie Cassie siedziała przy kuchennym stole, wpatrując się w notes. Jej palce drżały, gdy przesuwała nimi po kanciastym piśmie Bucky’ego. „Wrócę wieczorem”.

To był pierwszy raz, kiedy cokolwiek jej obiecał. Zazwyczaj po prostu znikał, zostawiając po sobie chłód pościeli i gorycz w jej ustach. Teraz jednak coś się zmieniło. Czuła radość, która była niemal bolesna, ale pod nią czaił się lęk. Wiedziała, że Bucky nie jest mężczyzną, który przynosi kwiaty i mówi komplementy. Był drapieżnikiem, a ona była jego bezpieczną przystanią – dopóki mu się nie znudzi.

Mimo osłabienia po chorobie, wstała i zaczęła sprzątać. Umyła podłogę, zmieniła pościel na świeżą, pachnącą słońcem, i poszła do małego sklepu na rogu po składniki na kolację. Kupowała wszystko z mechaniczną precyzją, ignorując fakt, że jej ciało wciąż protestowało przeciwko wysiłkowi.

Gdy wróciła, przygotowała gulasz – prosty, sycący, taki, jaki mógłby polubić mężczyzna, który przeżył wojnę. Cały czas zerkała na zegar. Piąta. Szósta. Siódma.

Z każdą minutą jej entuzjazm gasł, zastępowany przez dobrze znaną rezygnację. Bucky Barnes nie był człowiekiem, który dotrzymuje słowa, jeśli to słowo dotyczyło uczuć. Pewnie siedział teraz w swojej luksusowej wieży, śmiejąc się z własnej chwili słabości, albo był na innej misji, zapominając w ogóle o istnieniu małego mieszkania na Brooklynie.

O ósmej usiadła na kanapie, podciągając kolana pod brodę. Światło lampy rzucało długie cienie na ściany. Cassie poczuła się nagle bardzo mała i bardzo głupia. Była barmanką, która potrafiła znokautować pijanego klienta, ale nie potrafiła powiedzieć „nie” mężczyźnie, który rozrywał jej duszę na kawałki przy każdym spotkaniu.

Nagle usłyszała chrobot w zamku.

Serce podeszło jej do gardła. Wiedziała, że to on. Tylko on wchodził do jej mieszkania bez pukania, jakby był jego właścicielem.

Drzwi otworzyły się i do środka wszedł Bucky. Wyglądał na wściekłego. Jego włosy były w nieładzie, a na policzku miał świeże zadrapanie. Nie spojrzał na nią, tylko od razu rzucił klucze na blat.

— Pachnie jedzeniem — mruknął, zatrzymując się w progu kuchni.

— Zrobiłam gulasz — odpowiedziała cicho Cassie, wstając z kanapy. — Myślałam... napisałeś, że wrócisz.

Bucky odwrócił się do niej. Jego oczy były ciemne, prawie czarne w półmroku.

— Napisałem. I jestem. Czego jeszcze chcesz, Cassie?

Poczuła, jak wzbiera w niej fala rzadkiego gniewu.

— Chcę, żebyś przestał na mnie warczeć, jakbym zrobiła coś złego! To ty zostawiłeś tę kartkę. To ty przyszedłeś tutaj, chociaż nikt cię nie zmuszał. Jeśli tak bardzo nienawidzisz tu być, to dlaczego po prostu nie wyjdziesz?

Bucky zrobił krok w jej stronę. Był od niej znacznie wyższy, a jego obecność wypełniała cały pokój, sprawiając, że powietrze wydawało się gęstsze.

— Myślisz, że to takie proste? — warknął, chwytając ją za ramiona. Jego metalowa dłoń była lodowata przez cienki materiał jej koszulki. — Myślisz, że chcę tu być? Chcę być w miejscu, które nie śmierdzi krwią i prochem. Chcę być przy kimś, kto nie patrzy na mnie jak na potwora. Ale za każdym razem, gdy tu jestem, przypominam sobie, że i tak cię zniszczę. Bo to właśnie robię. Niszczę wszystko, co jest dobre.

Cassie nie cofnęła się. Położyła dłonie na jego piersi, czując gwałtowne bicie jego serca pod grubą skórą kurtki.

— Nie niszczysz mnie, Bucky. Ja sama wybieram, że tu jestem. Nie jestem twoją ofiarą.

Bucky zaśmiał się krótko, bez rozbawienia.

— Jesteś moją zabawką, Cassie. Tak mnie nazywasz w myślach, prawda? Tym dla mnie jesteś. Kimś, kogo wyciągam z pudełka, gdy jest mi smutno albo gdy chcę poczuć, że jeszcze żyję. Nie zasługujesz na to.

— Więc dlaczego nie odejdziesz na dobre? — zapytała, a jej głos zadrżał.

Bucky milczał przez długą chwilę. Jego uścisk na jej ramionach zelżał, a palce zaczęły kreślić delikatne, niemal niezauważalne kółka na jej skórze. To była ta jego toksyczna troska – brutalność zmieszana z czułością, która uzależniała bardziej niż najmocniejszy alkohol.

— Bo nie potrafię — wyszeptał w końcu, pochylając się tak blisko, że ich czoła się zetknęły. — Bo jesteś jedyną rzeczą, która sprawia, że rdza w mojej głowie przestaje tak głośno zgrzytać.

Pocałował ją. Nie był to pocałunek pełen pasji, jak zazwyczaj. Był w nim głód, ale też desperacka prośba o wybaczenie, którego nie potrafił ubrać w słowa. Cassie oddała pocałunek, pozwalając mu na wszystko, jak zawsze. Jej brak asertywności nie wynikał ze słabości, ale z dziwnego rodzaju empatii – czuła jego ból tak wyraźnie, jakby był jej własnym.

Później, gdy siedzieli przy małym stole i jedli gulasz w niemal całkowitej ciszy, Bucky wydawał się spokojniejszy. Obserwował ją, jak nabiera jedzenie, jak odgarnia włosy za ucho, jak unika jego wzroku.

— Jak się czujesz? — zapytał nagle.

Cassie drgnęła. To było pytanie o jej stan, nie o pracę, nie o drinki.

— Lepiej. Leki, które kupiłeś... pomogły. Dziękuję.

Bucky skinął głową i odstawił talerz.

— Nie musisz dziękować. Powinienem był zostać dłużej rano.

— Masz swoje życie, Bucky. Avengersi, misje... rozumiem to.

— Gówno rozumiesz — rzucił, ale tym razem bez złości. — Moje życie to ciągłe czekanie na kolejny rozkaz albo kolejny atak paniki. Ty jesteś jedynym punktem na mapie, który nie jest polem bitwy.

Wstał i podszedł do niej, wyciągając rękę. Cassie ujęła ją, pozwalając mu zaprowadzić się do sypialni. Wiedziała, co się wydarzy. Wiedziała, że za kilka godzin znów poczuje ciężar jego ciała, a potem pustkę poranka. Ale teraz, w tej chwili, to nie miało znaczenia.

W łóżku Bucky był inny niż zazwyczaj. Nie było w nim tej taktycznej precyzji, tego traktowania seksu jak zadania do wykonania. Był powolny, niemal ostrożny, jakby naprawdę bał się, że Cassie może się pod nim rozpaść. Jego dłonie błądziły po jej ciele z nienasyconą ciekawością, a gdy w końcu się w nią wtulił, usłyszała jego szept tuż przy uchu:

— Przepraszam, lalko.

— Za co? — zapytała, ledwo łapiąc oddech.

— Za wszystko, co ci zrobię jutro.

Zasnęli spleceni, a Cassie przez chwilę naiwnie wierzyła, że tym razem poranek będzie inny.

***

Obudziło ją zimno.

Otworzyła oczy i od razu wiedziała. Miejsce obok niej było puste. Pościel nie zdążyła jeszcze całkiem wystygnąć, co oznaczało, że wyszedł zaledwie kilka minut temu.

Usiadła na łóżku, naciągając prześcieradło na piersi. Spojrzała na szafkę nocną. Nie było tam kartki. Nie było wiadomości w notesie. Bucky Barnes wrócił do swojej roli – mrocznego mściciela, który nie zostawia śladów.

Wstała i poszła do kuchni, by wstawić wodę na kawę. Na blacie zauważyła coś, czego wcześniej nie było. Obok jej notesu leżał gruby plik banknotów, spięty gumką recepturką. Pod nim znajdowało się małe pudełko z apteki – nowe opakowanie witamin i wzmacniających suplementów.

Cassie poczuła, jak łzy napływają jej do oczu. To był jego sposób. Traktował ją jak zabawkę, którą trzeba naoliwić i opłacić, żeby mogła dalej działać. Pieniądze były policzkiem, dowodem na to, że wciąż widzi w tym układzie coś transakcyjnego. A jednak suplementy... suplementy były dowodem na to, że słuchał jej oddechu w nocy i zauważył, że wciąż jest słaba.

Usiadła przy stole i ukryła twarz w dłoniach.

— Nienawidzę cię, James — szepnęła w pustą przestrzeń kuchni.

Wiedziała jednak, że kłamie. Nienawidziła tego, jak bardzo go potrzebowała. Nienawidziła tego, że każda jego brutalna uwaga i każdy chłodny gest tylko pogłębiały jej uzależnienie.

Kilka godzin później stała już za barem w „The Rusty Anchor”. Jej szef, ten sam brodacz, który kazał jej zostać w domu, przyglądał jej się z niepokojem.

— Na pewno wszystko w porządku, mała? Wyglądasz, jakbyś nie spała całą noc.

— W porządku, Mike. Po prostu... duszno tu dzisiaj — odparła, polerując szklankę.

Drzwi baru otworzyły się i do środka weszło kilku agentów TARCZY, których czasem widywała w towarzystwie Avengersów. Usiedli przy stoliku w rogu, rozmawiając przyciszonymi głosami. Cassie starała się nie podsłuchiwać, dopóki nie usłyszała jednego imienia.

— Barnes znowu odwalił numer na treningu — powiedział jeden z nich, wyższy facet z krótkimi włosami. — Prawie złamał rękę jednemu z rekrutów. Stark mówi, że facet jest niestabilny. Powinni go znowu zamrozić, zanim kogoś naprawdę skrzywdzi.

Cassie poczuła, jak szklanka wyślizguje jej się z dłoni i z trzaskiem rozbija się o podłogę.

— Wszystko w porządku? — zapytał Mike, podchodząc do niej.

— Tak... tak, tylko mi się wyślizgnęła — skłamała, schylając się, by zebrać odłamki. Jej dłonie drżały tak mocno, że jeden z kawałków szkła przeciął jej skórę na dłoni.

Spojrzała na wypływającą krew. Czerwona, pulsująca, tak bardzo ludzka. Pomyślała o Buckym, o jego metalowym ramieniu i o tym, jak bardzo musiał nienawidzić samego siebie, słysząc takie opinie na swój temat. Zrozumiała wtedy, dlaczego przychodzi do niej. Ona była jedyną osobą, która nie chciała go „naprawiać” ani „zamrażać”. Ona go po prostu przyjmowała – z jego mrokiem, jego toksycznością i jego rzadkimi chwilami słabości.

Wieczór dłużył się w nieskończoność. Każde otwarcie drzwi sprawiało, że Cassie unosiła głowę, mając nadzieję, że zobaczy tę skórzaną kurtkę i te lodowate oczy. Ale Bucky się nie pojawił. Ani tego wieczoru, ani następnego.

Tydzień minął w monotonii pracy i samotnych powrotów do domu. Pieniądze od niego leżały nietknięte w szufladzie. Cassie czuła się, jakby powoli znikała, stając się przezroczysta nawet dla samej siebie.

Ósmego dnia, gdy właśnie zamykała bar, usłyszała ciężkie kroki na chodniku. Serce zabiło jej mocniej, ale gdy się odwróciła, nie był to Bucky. To był jeden z tych mężczyzn, których Barnes wyrzucił z baru kilka tygodni temu. Ten z tatuażem na szyi. Nie był sam. Towarzyszyło mu dwóch innych, a w ich oczach płonęła chęć zemsty.

— No proszę, cicha myszka sama na ulicy — powiedział ten z tatuażem, wyjmując z kieszeni nóż sprężynowy. — Twój wielki przyjaciel z metalową ręką chyba o tobie zapomniał, co?

Cassie cofnęła się o krok, zaciskając dłonie w pięści. Czuła strach, ale pod nim tętniła adrenalina.

— Zostawcie mnie w spokoju — powiedziała spokojnie.

— O nie, skarbie. Mamy rachunek do wyrównania. Przez twojego gacha mój kumpel ma druty w szczęce. Skoro jego nie ma, ty zapłacisz.

Ruszyli w jej stronę. Cassie wiedziała, że nie ma szans z trzema naraz, zwłaszcza że jeden miał nóż. Rozejrzała się gwałtownie za czymś, co mogłoby służyć za broń, ale ulica była pusta.

Wtedy z cienia pobliskiej alejki dobiegł niski, chrapliwy głos:

— Powiedziałem wam raz, żebyście jej nie dotykali. Myślałem, że jestem wyraźny.

Bucky wyszedł z mroku, wyglądając jak samo ucieleśnienie koszmaru. Nie miał na sobie kurtki, tylko czarną koszulkę, która opinała jego mięśnie. Metalowe ramię lśniło złowrogo w świetle latarni.

Napastnicy zawahali się. Ten z nożem próbował zachować rezon.

— Jest nas trzech, Barnes. Nie dasz rady wszystkim.

Bucky uśmiechnął się – był to uśmiech, który sprawiał, że krew stygła w żyłach.

— Trzech? To ledwo rozgrzewka.

To, co wydarzyło się potem, trwało niecałą minutę. Bucky poruszał się z prędkością, której ludzkie oko nie było w stanie w pełni zarejestrować. Był jak maszyna – precyzyjny, brutalny i całkowicie pozbawiony litości. Pierwszy facet wyleciał w powietrze po jednym uderzeniu metalową pięścią, drugi skulił się na ziemi z połamanymi żebrami, zanim zdążył wyprowadzić cios.

Ten z nożem próbował dźgnąć Bucky’ego w bok, ale Barnes złapał jego nadgarstek w locie. Rozległ się suchy trzask łamanej kości, a nóż upadł na beton. Mężczyzna zawył z bólu, gdy Bucky przycisnął go do ściany, trzymając za gardło.

— Bucky, przestań! — krzyknęła Cassie, podbiegając do niego. — Zabijesz go!

Barnes oddychał ciężko, a w jego oczach płonął ogień, którego Cassie nigdy wcześniej nie widziała. Przez chwilę wydawało się, że jej nie słyszy, że jest całkowicie pochłonięty przez Zimowego Żołnierza.

— Dotknął cię — wychrypiał, nie puszczając gardła mężczyzny.

— Nie dotknął! Nic mi nie jest! — Cassie położyła dłonie na jego twarzy, zmuszając go, by na nią spojrzał. — Bucky, popatrz na mnie. Jestem tutaj. Wszystko jest w porządku.

Powoli, cal po calu, szaleństwo w jego oczach zaczęło ustępować miejsca świadomości. Rozluźnił uścisk, a napastnik osunął się na ziemię, łapiąc powietrze w panice.

— Wynoście się — warknął Bucky.

Gdy mężczyźni uciekli, kulejąc i podtrzymując się nawzajem, na ulicy zapadła cisza. Bucky stał nieruchomo, patrząc na swoje metalowe dłonie, jakby widział na nich krew, której tam nie było.

— Gdzie byłeś? — zapytała cicho Cassie.

— Nie mogłem przyjść — odparł, nie patrząc na nią. — Bałem się, że zrobię ci coś takiego, jak im. Że stracę kontrolę.

Cassie podeszła bliżej i przytuliła się do niego, ignorując chłód metalu i drżenie jego ciała.

— Nie zrobisz mi krzywdy, Bucky. Nigdy.

— Skąd możesz to wiedzieć? — zapytał, a w jego głosie brzmiała bezbrzeżna rozpacz.

— Bo przyszedłeś mnie ratować. Bo zostawiłeś te witaminy. Bo mimo tego wszystkiego, co o sobie myślisz, wciąż tu jesteś.

Bucky objął ją, chowając twarz w jej włosach. Przez tę jedną chwilę nie był Zimowym Żołnierzem ani Avengersem. Był po prostu człowiekiem, który rozpaczliwie potrzebował czegoś, czego nie potrafił nazwać, a co Cassie dawała mu bez pytania.

— Chodźmy do domu — szepnęła.

Tej nocy, gdy leżeli w ciemności, Bucky nie odwrócił się plecami. Trzymał ją mocno, jakby bał się, że jeśli puści, ona zniknie, a on znów zostanie sam ze swoją rdzą i aksamitem. Wiedzieli oboje, że to wciąż jest skomplikowane, toksyczne i pełne bólu. Ale w tym zniszczonym świecie, to było wszystko, co mieli.

I na razie, to musiało wystarczyć.