Toxok
Głód i pętla
W jednej sekundzie cały jej opór, wszystkie obietnice złożone samej sobie, cała ta krucha konstrukcja godności, którą budowała przez ostatnie kilkadziesiąt godzin, rozpadły się w proch. Aleksandra patrzyła na te kilka słów, a jej serce biło tak mocno, że czuła pulsowanie w skroniach. „Brakuje mi twojego zapachu”. To było kłamstwo. Wiedziała o tym. Bucky Barnes nie tęsknił za zapachami, nie tęsknił za ludźmi, on po prostu oznajmiał swoją potrzebę, ubierając ją w pozory bliskości, bo wiedział, że to na nią zadziała.
A jednak, mimo tej lodowatej świadomości, poczuła, jak do jej żył wraca życie. Cierpki ucisk w żołądku zniknął, zastąpiony przez gorączkową ekscytację. Odstawiła kubek z zimną herbatą tak gwałtownie, że płyn rozlał się na blat. Nie wytarła go.
Pobiegła do łazienki. Przez ostatnie dni prawie nie patrzyła w lustro, teraz jednak zaczęła gorączkowo poprawiać makijaż, nakładać korektor pod oczy, by ukryć ślady niewyspania, które on sam jej zafundował. Czesząc włosy, nienawidziła swoich drżących dłoni. Nienawidziła tego, jak bardzo była mu wdzięczna za to jedno zdanie.
— Jesteś żałosna — szepnęła do swojego odbicia.
Odbicie nie zaprzeczyło, ale też nie powstrzymało jej przed chwyceniem torebki i wybiegnięciem z mieszkania.
Jazda do niego była jak lot w tunelu. Nie widziała świateł, nie słyszała radia. Liczył się tylko cel. Kiedy dotarła pod kamienicę, znowu poczuła ten duszny lęk — czy jeśli wejdzie, on znów potraktuje ją jak przedmiot? Czy jeśli nie wejdzie, zdoła przeżyć kolejną noc w tej ciszy, która ją zabijała?
Weszła. Drzwi nie były tym razem otwarte. Zapukała cicho, a po chwili usłyszała ciężkie kroki. Bucky otworzył, wypełniając sobą całą ramę drzwi. Miał na sobie tylko luźne spodnie dresowe, jego metalowe ramię lśniło w słabym świetle korytarza. Wyglądał na zmęczonego, ale jego wzrok był równie twardy jak zawsze.
— Jesteś — stwierdził, odsuwając się, by wpuścić ją do środka.
— Napisałeś, że... — zaczęła, ale ucięła, widząc jego kpiący uśmiech.
— Napisałem, co trzeba, żebyś przyjechała. Nie stój tak w przejściu.
Aleksandra poczuła, jak policzki jej płoną. Zamknęła drzwi i oparła się o nie plecami.
— Dlaczego to robisz, Bucky? Dlaczego milczysz przez dni, a potem przywołujesz mnie jak psa?
Barnes zatrzymał się w połowie salonu i powoli obrócił w jej stronę. Przez chwilę w jego oczach mignęło coś na kształt irytacji, a może zwykłego znużenia. Podszedł do niej powoli, osaczając ją swoją obecnością. Położył ludzką dłoń na ścianie tuż obok jej głowy.
— Przychodzisz, bo tego chcesz — powiedział nisko, nachylając się nad nią. — Nikt cię nie zmusza. Lubisz to tak samo jak ja, Aleksandra. Lubisz czuć, że jesteś komuś potrzebna, nawet jeśli to tylko ja.
— To nie jest bycie potrzebną. To jest... bycie używaną.
Bucky zaśmiał się krótko, bez rozbawienia. Jego palce przesunęły się po jej policzku, a ona, wbrew sobie, przymknęła oczy, lgnąc do tego dotyku. Był szorstki, władczy, pozbawiony czułości, ale był jedynym, co miała.
— Nie bądź męczennicą. To ci nie pasuje — mruknął, chwytając ją za podbródek i zmuszając, by na niego spojrzała. — Chciałaś bohatera z podręczników do historii? Przykro mi, ten facet zginął w górach w czterdziestym piątym. Ja jestem tym, co zostało.
— Nie chcę bohatera — szepnęła, czując, jak łzy pieką ją pod powiekami. — Chcę tylko, żebyś czasem zapytał, co u mnie słychać. Żebyś nie znikał bez słowa.
Bucky puścił ją gwałtownie i odszedł w stronę okna.
— Nie mam ci nic do zaoferowania, Aleksandra. Żadnych rozmów o poranku, żadnych wspólnych kolacji. Jeśli szukasz stabilizacji, pomyliłaś adresy.
— Więc dlaczego do mnie piszesz?
— Bo kiedy tu jesteś, w tym mieszkaniu jest mniej... głośno. — Nie odwrócił się. Jego metalowa dłoń zacisnęła się w pięść. — Ale nie myśl sobie, że to coś znaczy. Jutro rano znów będę chciał, żebyś wyszła.
To było jak policzek. Aleksandra powinna się odwrócić i wyjść. Miała kluczyki w kieszeni, samochód pod blokiem, całe życie, które czekało na nią poza tym mrocznym mieszkaniem. Ale zamiast tego, zrobiła krok w jego stronę. Potem kolejny.
Podeszła do niego od tyłu i niepewnie położyła dłoń na jego plecach. Poczuła, jak jego mięśnie spinają się pod dotykiem.
— Wiem — powiedziała ledwie słyszalnie. — Wiem, że to nic nie znaczy.
Skłamała. Dla niej znaczyło to wszystko. Każda minuta spędzona w jego pobliżu była jak tlen, którego brakowało jej przez ostatnie dni. Była gotowa przyjąć każdą ilość jego chamstwa, każdą dawkę ignorancji, byle tylko nie wracać do tej pustej ciszy we własnym domu.
Bucky odwrócił się gwałtownie, chwycił ją za ramiona i przyciągnął do siebie. Jego uścisk był zbyt mocny, niemal bolesny, ale ona tylko cicho westchnęła, wtulając się w jego pierś.
— Jesteś naiwna — warknął, choć jego dłoń zaplątała się w jej włosy. — Zniszczę cię, jeśli mi na to pozwolisz.
— Już to robisz — odpowiedziała, podnosząc na niego wzrok.
Przez moment patrzyli na siebie w milczeniu. W jego oczach widziała walkę, której nie rozumiała, i chłód, który ją przerażał. A potem Bucky pochylił się i pocałował ją — gwałtownie, niemal brutalnie, jakby chciał ją ukarać za to, że w ogóle tu jest.
Noc minęła w tym samym, rwanym rytmie co zawsze. Kilka godzin intensywnej, niemal desperackiej bliskości, a potem narastający dystans. Bucky zasnął nad ranem, a Aleksandra znów leżała obok niego, czując się bardziej samotna, niż gdyby była w domu. Patrzyła na jego profil w świetle świtu. Wyglądał wtedy tak spokojnie, niemal jak ten chłopak ze starych zdjęć w muzeum. Ale wiedziała, że to tylko iluzja.
Kiedy wstało słońce, Bucky otworzył oczy. Nie było w nich śladu nocnej namiętności. Była tylko ta sama, sucha rzeczowość.
— Muszę wyjść — powiedział, siadając na łóżku i nie patrząc na nią. — Zbieraj się.
Aleksandra poczuła, jak w środku wszystko się w niej kurczy.
— Tak po prostu? Nawet nie wypijemy kawy?
Bucky wstał i zaczął wkładać koszulkę.
— Nie mam kawy. I nie mam czasu. Wyjdź, Aleksandra. Zamknij za sobą drzwi.
Ubrała się w milczeniu. Każdy ruch sprawiał jej fizyczny ból. Czuła się jak zużyty przedmiot, który odkłada się na półkę, gdy przestaje być potrzebny. Kiedy stała już w progu, gotowa do wyjścia, spróbowała ostatni raz:
— Bucky... zadzwonisz?
On nawet nie podniósł wzroku znad telefonu, który trzymał w ręku.
— Może. Zobaczymy.
Wyszła. Powietrze na zewnątrz było rześkie, poranne miasto budziło się do życia, ale dla niej świat był szary. Wróciła do swojego mieszkania, które wydawało się teraz obce i zimne. Usiadła na łóżku, wciąż czując na skórze zapach jego tytoniu i metalu.
Wiedziała, co się teraz stanie. Przez najbliższe dni będzie żyła w zawieszeniu. Każdy wibracja telefonu będzie powodować u niej skok adrenaliny. Będzie zaniedbywać pracę, będzie kłamać znajomym, że jest zajęta, będzie gapić się w sufit, czekając na te kilka słów, które znów pozwolą jej oddychać.
Wzięła telefon do ręki. Chciała napisać: „Nienawidzę tego, jak mnie traktujesz”. Chciała napisać: „Nigdy więcej do mnie nie pisz”.
Zamiast tego napisała: „Daj znać, jak będziesz miał wolną chwilę. Tęsknię”.
Odłożyła telefon i zakryła twarz dłońmi. Wiedziała, że to ją niszczy. Wiedziała, że traci siebie, kawałek po kawałku, dostosowując swój rytm serca do jego kaprysów. Ale wiedziała też, że gdyby teraz napisał „Przyjdź”, pobiegłaby do niego boso przez całe miasto.
Była więźniem w celi, której drzwi były otwarte, ale ona nie potrafiła przekroczyć progu. Bo na zewnątrz była wolność, a wolność oznaczała ciszę. A cisza bez Bucky’ego Barnesa była jedyną rzeczą, której nie potrafiła znieść.
Zegar na ścianie tykał miarowo, odmierzając czas do następnej wiadomości. Kolejna godzina, kolejny dzień oczekiwania. Aleksandra zamknęła oczy, pogrążając się w znajomej otchłani uzależnienia, modląc się w duchu, by ekran znów rozświetlił jej mrok. Choćby na chwilę. Choćby za cenę wszystkiego, co jej jeszcze zostało.