Back to overview

Toxok

Cienie pod powiekami

Aleksandra przestała jeść regularne posiłki. Jej dieta składała się głównie z czarnej kawy i nerwowego obgryzania skórek u palców, gdy tylko jej telefon nie wibrował przez dłużej niż dwie godziny. W pracy patrzyła w monitor komputera, ale litery zlewały się w jedną, szarą masę. Jej szefowa, starsza kobieta o łagodnym spojrzeniu, już dwa razy pytała, czy wszystko w porządku, ale Aleksandra tylko uśmiechała się blado, zapewniając, że to tylko przejściowe niewyspanie.

Kłamała. To nie było niewyspanie. To była powolna egzekucja własnej tożsamości.

Wieczorem, zamiast iść na jogę czy spotkać się z siostrą, siedziała w ciemnym salonie, trzymając telefon w dłoni jak relikwię. Bała się go odłożyć choćby na minutę. A co, jeśli Bucky napisze właśnie wtedy? Co, jeśli uzna jej brak natychmiastowej odpowiedzi za brak zainteresowania i już nigdy więcej się nie odezwie? Ta myśl była gorsza niż jakikolwiek fizyczny ból.

W końcu telefon zawibrował.

*Bucky: Widzę cię za godzinę. Nie każ mi czekać.*

Aleksandra poczuła znajomy wyrzut dopaminy, ale tym razem towarzyszyły mu mdłości. Jej ciało było wycieńczone, nogi miała jak z waty, a głowa pulsowała tępym bólem. Mimo to wstała. Pomalowała usta krwistoczerwoną szminką, by ukryć ich bladość, i narzuciła na siebie płaszcz.

Kiedy weszła do jego mieszkania, Bucky stał w kuchni, oparty o blat. Wyglądał na zirytowanego, co było u niego stanem niemal permanentnym. Jednak gdy Aleksandra podeszła bliżej, jego oczy, zazwyczaj zimne i obojętne, zwęziły się gwałtownie. Przesunął wzrokiem po jej twarzy, zatrzymując się na wystających kościach policzkowych i sińcach pod oczami, których nie zdołał ukryć nawet gruby korektor.

— Co ty ze sobą robisz? — zapytał szorstko, zamiast powitania.

Aleksandra zatrzymała się, zaskoczona tonem jego głosu. Nie było w nim pożądania ani rozkazu. Było coś, czego nie potrafiła nazwać.

— O czym mówisz? — szepnęła, próbując zdobyć się na uśmiech. — Przecież jestem. Tak jak chciałeś.

Bucky podszedł do niej dwoma długimi krokami. Złapał ją za podbródek, ale tym razem jego uścisk nie był brutalny. Był badawczy. Obrócił jej głowę w stronę światła padającego z okna.

— Wyglądasz jak trup, Aleksandra. Czy ty w ogóle śpisz? Czy ty jesz cokolwiek poza tymi swoimi nerwami?

— Śpię... wystarczająco — skłamała, choć jej głos załamał się na końcu zdania. — Po prostu mam dużo pracy.

Bucky prychnął i puścił ją tak gwałtownie, że zachwiała się na nogach. Odwrócił się do niej plecami, a jego metalowe ramię szczęknęło cicho w ciszy pomieszczenia. Czuł narastającą wściekłość, której nie potrafił zrozumieć. Nie powinno go to obchodzić. Była tylko dziewczyną, która wypełniała mu czas, która godziła się na każde jego upokorzenie. Ale widok jej zapadniętych policzków i trzęsących się dłoni uderzył w nim w jakąś strunę, o której istnieniu chciał zapomnieć.

— Kłamiesz — rzucił przez ramię. — Jesteś tu na każde moje zawołanie. Śpisz z telefonem pod poduszką, co? Czekasz, aż Barnes łaskawie rzuci ci ochłap uwagi?

Aleksandra poczuła, jak łzy napływają jej do oczu. Słowa Bucky’ego były jak sól sypana na otwartą ranę.

— Sam tego chciałeś — wykrztusiła. — Sam stworzyłeś te zasady. Miałam reagować, miałam być dostępna. Więc jestem. Dlaczego teraz mnie za to karzesz?

Bucky odwrócił się gwałtownie. Jego twarz była wykrzywiona grymasem, który mógł być gniewem, ale w głębi duszy był przerażeniem. Widział w niej siebie z czasów Hydry — istotę bez własnej woli, reagującą na sygnały, wyniszczoną przez kogoś, kto nie brał za nią żadnej odpowiedzialności. Różnica polegała na tym, że on nie miał wyboru. Ona go miała. A jednak wybierała jego, mimo że on oferował jej tylko mrok.

— Nie każę cię — warknął, podchodząc niebezpiecznie blisko. — Ale patrzenie na ciebie zaczyna być irytujące. Jesteś cieniem człowieka. Myślisz, że mi to imponuje? Że chcę dziewczyny, która rozpada się w rękach?

— Więc mnie zostaw! — krzyknęła, a jej głos rozszedł się echem po pustym salonie. — Jeśli tak bardzo ci przeszkadzam, dlaczego wciąż do mnie piszesz? Dlaczego nie pozwolisz mi odejść?

Bucky milczał przez długą chwilę. Jego oczy skanowały jej twarz, szukając w niej dawnej iskry, tej naiwnej radości, która tak bardzo go drażniła na początku, a której teraz panicznie mu brakowało.

— Bo jesteś jedyną rzeczą, która nie patrzy na mnie jak na potwora — powiedział tak cicho, że prawie go nie usłyszała. — Ale patrzysz na mnie jak na boga, a to jest jeszcze gorsze. Bo ja cię niszczę, a ty mi za to dziękujesz.

Aleksandra poczuła, jak serce jej pęka. Chciała go przytulić, chciała powiedzieć, że to nieprawda, że on nie jest potworem, ale jej własne ciało odmawiało posłuszeństwa. Zawroty głowy stały się tak silne, że musiała złapać się oparcia fotela.

Bucky zauważył to natychmiast. Jego instynkt żołnierza, stłumiony przez lata goryczy, przejął kontrolę. Zanim zdążyła upaść, poczuła jego silne ramiona wokół siebie. Podniósł ją, jakby nic nie ważyła, i zaniósł na kanapę.

— Siedź — rozkazał, a w jego głosie była teraz dziwna, surowa troska.

Poszedł do kuchni i wrócił po chwili ze szklanką wody i kawałkiem chleba. Postawił to przed nią na ławie.

— Pij. I jedz. Teraz.

Aleksandra patrzyła na niego z niedowierzaniem. To był pierwszy raz, kiedy zrobił dla niej cokolwiek, co nie służyło jego bezpośredniej satysfakcji.

— Dlaczego to robisz? — zapytała cicho, biorąc łyk wody.

Bucky usiadł w fotelu naprzeciwko, zaplatając palce. Patrzył na nią z góry, próbując przybrać swoją zwykłą maskę obojętności, ale jego noga drgała nerwowo.

— Bo nie mam ochoty wynosić twoich zwłok z mojego mieszkania — palnął, ale zaraz potem odwrócił wzrok. — Wyglądasz fatalnie, Aleksandra. Idź do domu. Idź do domu i wyłącz ten cholerny telefon.

— Nie potrafię — przyznała, a łza spłynęła jej po policzku. — Jeśli go wyłączę, będę myśleć tylko o tym, że może napisałeś. Że może mnie potrzebujesz, a ja tego nie widzę. To mnie zabija bardziej niż brak snu.

Bucky poczuł gwałtowny skurcz w piersi. To wyznanie było tak szczere i tak bolesne, że na moment odebrało mu mowę. Wiedział, że to on ją do tego doprowadził. On, ze swoją władczością, ze swoim chamstwem, ze swoim emocjonalnym sadyzmem. Karmił się jej oddaniem, nie dając nic w zamian, a teraz widział owoce swojej pracy: złamaną kobietę, która nie potrafiła już żyć bez swojego oprawcy.

Wstał i podszedł do niej. Aleksandra skuliła się odruchowo, spodziewając się kolejnego odtrącenia, ale Bucky tylko usiadł obok niej i położył swoją ludzką dłoń na jej karku. Kciukiem zaczął gładzić jej skórę. To był gest tak ludzki, tak intymny, że Aleksandra zaczęła szlochać.

— Przestań — mruknął, ale nie cofnął ręki. — Nie płacz.

— Nienawidzę tego — łkała, chowając twarz w dłoniach. — Nienawidzę tego, jak bardzo cię potrzebuję. Nienawidzę tego, że wystarczy jedno twoje słowo, żebym zapomniała o wszystkim, co sobie obiecałam. Zrobiłeś ze mnie kogoś, kogo nie poznaję.

Bucky milczał. Nie potrafił jej pocieszyć, bo wiedział, że ma rację. Był wirusem, który zainfekował jej życie, a ona nie miała układu odpornościowego, by z nim walczyć. Czuł narastającą potrzebę, by ją stąd wyrzucić, by uratować ją przed samym sobą, ale jednocześnie wizja pustego mieszkania i powrotu do własnych demonów bez jej kojącej obecności była nie do zniesienia.

— Jesteś dla mnie zbyt dobra — powiedział w końcu, a jego głos był pozbawiony zwykłej szorstkości. — A ja jestem zbyt zepsuty, żeby to docenić.

Aleksandra podniosła głowę. Jej oczy były czerwone od płaczu, ale tliła się w nich ta sama, niezmienna nadzieja.

— Więc spróbuj — szepnęła. — Spróbuj być inny. Chociaż raz.

Bucky patrzył na nią przez długą chwilę. Widział jej kruchość i wiedział, że wystarczy jeden jego fałszywy ruch, by pękła na dobre. Przez moment naprawdę chciał spróbować. Chciał być tym mężczyzną, którego ona widziała w swoich snach. Ale potem przypomniał sobie krew na swoich rękach, lata milczenia i chłód, który stał się jego jedynym domem.

— Nie potrafię, Aleksandra — powiedział, a jego twarz znów stała się kamienna. — Nie potrafię być tym, kogo chcesz. Mogę ci dać tylko to, co widzisz. Albo to bierzesz, albo uciekaj, póki jeszcze masz siłę chodzić.

Wiedział, że to okrutne. Wiedział, że to znowu zrzucanie odpowiedzialności na nią. Ale nie potrafił inaczej. Był tchórzem ukrytym za maską twardziela.

Aleksandra patrzyła na niego, a w jej głowie toczyła się walka. Jedna część niej, ta resztka dawnej Aleksandry, krzyczała: „Uciekaj! On cię zabije!”. Ale druga część, ta nowa, uzależniona i głodna, szeptała: „Zostań. Przynajmniej dotyka cię po karku. Przynajmniej tu jesteś”.

— Zostanę — powiedziała cicho, niemal mechanicznie.

Bucky zamknął oczy. Poczuł mieszankę ulgi i głębokiego obrzydzenia do samego siebie.

— Dobrze — mruknął, wstając. — Ale najpierw zjesz tę kanapkę. Całą.

Przez resztę wieczoru Bucky był inny. Nie był czuły, nie był romantyczny, ale był obecny. Siedział obok niej na kanapie, pozwalając jej oprzeć głowę o swoje ramię. Nie odezwał się ani słowem, ale jego obecność była mniej agresywna niż zazwyczaj. Aleksandra czuła się, jakby dostała chwilowe zawieszenie broni w wojnie, którą toczyła sama ze sobą.

Jednak gdy nadeszła noc i leżeli w łóżku, wszystko wróciło do normy. Bucky znów odwrócił się plecami, odcinając się od niej niewidzialnym murem. Aleksandra leżała w ciemności, wsłuchując się w bicie własnego serca. Czuła się fizycznie lepiej dzięki jedzeniu i wodzie, ale jej dusza wciąż była w strzępach.

Wiedziała, że ta nagła „troska” Bucky’ego to tylko kolejna forma kontroli. Martwił się o nią nie dlatego, że ją kochał, ale dlatego, że psuła mu się zabawka. Chciał, żeby była zdrowa tylko po to, by mogła dalej znosić jego humory. To było jeszcze bardziej przerażające niż jego chamstwo.

Zasnęła nad ranem, a gdy się obudziła, znów była sama. Na szafce nocnej leżała krótka wiadomość, nabazgrana na wyrwanej kartce:

*Bucky: Nie przyjeżdżaj przez najbliższe trzy dni. Muszę odpocząć od twojego patrzenia na mnie. Odezwę się.*

Aleksandra przeczytała to trzy razy. „Odezwę się”. To była obietnica i wyrok jednocześnie. Poczuła, jak narasta w niej panika. Trzy dni? Jak ona przeżyje trzy dni bez kontaktu? Już teraz czuła, jak jej dłonie zaczynają drżeć.

Wróciła do domu i rzuciła się na łóżko. Patrzyła na telefon, który leżał przed nią jak odbezpieczony granat. Wiedziała, że powinna go wyrzucić przez okno. Wiedziała, że te trzy dni to jej szansa, by odzyskać oddech, by spotkać się z ludźmi, którzy naprawdę ją kochają, by zacząć się leczyć.

Ale zamiast tego, Aleksandra zaczęła odliczać minuty.

Pierwsza godzina minęła na sprzątaniu mieszkania, którego nie sprzątała od tygodni. Druga na płaczu. Trzecia na pisaniu wiadomości, których nie wysłała.

*„Bucky, proszę, nie rób mi tego”.* *„Bucky, obiecuję, że nie będę na ciebie tak patrzeć”.* *„Bucky, nienawidzę cię”.*

Wszystkie trafiły do kosza.

Wieczorem drugiego dnia siedziała w wannie, patrząc na swoje odbicie w kafelkach. Była chuda, blada, zgaszona. Jej życie towarzyskie przestało istnieć, jej praca wisiała na włosku, jej rodzina przestała dzwonić, zmęczona jej ciągłymi wymówkami. Wszystko, co kiedyś definiowało Aleksandrę Daybreak, zostało spalone na ołtarzu Jamesa Barnesa.

A najgorsze było to, że wcale jej tego nie było żal. Żal jej było tylko tego, że nie jest teraz u niego.

W połowie trzeciego dnia nie wytrzymała. Jej organizm, wycieńczony stresem i brakiem snu, zaczął płatać jej figle. Słyszała dźwięk powiadomienia tam, gdzie go nie było. Widziała jego twarz w tłumie na ulicy.

Chwyciła telefon i napisała:

*Aleksandra: Bucky, proszę. Nie wytrzymam do jutra. Pozwól mi przyjechać. Tylko posiedzę w kuchni, nie będę się odzywać.*

Wysłała. Sekundy dłużyły się jak godziny. Minuta. Pięć minut. Dziesięć.

Brak odpowiedzi był jak powolne duszenie. Aleksandra zaczęła chodzić po pokoju, uderzając pięściami w uda. Czuła, że traci zmysły. Jej uzależnienie osiągnęło punkt krytyczny — nie chodziło już o bliskość, nie chodziło o seks, chodziło o samo potwierdzenie, że on wciąż tam jest. Że ona wciąż istnieje w jego świecie.

W końcu telefon zawibrował.

*Bucky: Jesteś beznadziejna. Drzwi otwarte za pół godziny.*

Aleksandra poczuła, jak fala gorąca zalewa jej ciało. Uśmiechnęła się przez łzy, ignorując kłujący ból w klatce piersiowej. Nie obchodziło jej, że nazwał ją beznadziejną. Nie obchodziło jej, że znów złamała własną godność.

Wbiegła do łazienki, by znów nałożyć maskę ze szminki i korektora. Wiedziała, że to ją zabija. Wiedziała, że każda taka wizyta to kolejny gwóźdź do jej trumny. Ale w tej chwili, pędząc przez nocne miasto do człowieka, który nią gardził, czuła tylko jedno: że wreszcie może odetchnąć.

Nawet jeśli był to oddech skazańca na szubienicy.