Toxok
Ciernie pod skórą
Cisza w mieszkaniu Aleksandry miała fizyczny ciężar. Była jak gęsta, lepka smoła, która oblepiała ściany, meble i jej własne płuca, utrudniając każdy oddech. Telefon leżał na środku stołu w kuchni, zimny i martwy. Od ostatniej wiadomości minęło czterdzieści osiem godzin. „Odezwę się” – obiecał, a ona uwierzyła, jak zawsze. Ale James Barnes nie odzywał się, a każda minuta tego milczenia rozrywała ją od środka.
Wstała z krzesła, czując, jak kręci jej się w głowie. Podeszła do okna i oparła czoło o chłodną szybę. Waszyngton tętnił życiem, światła samochodów przemykały w dole jak krwinki w żyłach wielkiego organizmu, ale ona czuła się całkowicie odcięta od świata. Istniała tylko w tej próżni, którą on zostawił.
Dlaczego nie odpisuje? Czy zrobiłam coś nie tak? Może ta ostatnia wiadomość była zbyt desperacka? A może po prostu mu się znudziłam?
Te pytania krążyły w jej głowie jak stado głodnych sępów. Aleksandra czuła, jak narasta w niej panika – ten duszny, palący lęk, że stała się niewidzialna. Jeśli Bucky na nią nie patrzył, jeśli do niej nie pisał, czuła, jakby jej ciało powoli znikało. Była tylko lustrem, które potrzebowało jego obrazu, by mieć jakikolwiek sens.
— Jestem niewystarczająca — szepnęła, a jej oddech zaparował szybę. — Zawsze byłam. Za nudna, za słaba, zbyt naiwna dla kogoś takiego jak on.
Wróciła do kuchni. Jej wzrok padł na zestaw noży magnetycznych na ścianie. Przez chwilę patrzyła na lśniącą stal, a w jej umyśle pojawiła się mroczna, kusząca myśl. Potrzebowała bodźca. Potrzebowała poczuć cokolwiek, co zagłuszyłoby to potworne, pulsujące wycieńczanie emocjonalne. Chciała przenieść ten ból, którego nie dało się dotknąć, na coś, co można było zobaczyć.
Wyciągnęła mały nóż do warzyw. Ostrze było zimne. Usiadła na podłodze w łazience, opierając się plecami o wannę. Przesunęła metalem po wewnętrznej stronie przedramienia, tam, gdzie skóra była najcieńsza i najbardziej bezbronna. Nie chciała sobie zrobić krzywdy – chciała tylko uciec z własnej głowy.
Pierwsze nacięcie było płytkie, niemal niezauważalne. Cienka, czerwona linia pojawiła się powoli, a wraz z nią przyszła fala dziwnego, chorobliwego spokoju. Fizyczny ból był prosty. Był szczery. Nie zadawał pytań i nie milczał przez dwa dni.
— Teraz przynajmniej wiem, że żyję — mruknęła, a łza skapnęła na jej nadgarstek, mieszając się z kropelką krwi.
Zrobiła drugą kreskę, potem trzecią. Każda z nich była dedykowana innej godzinie jego milczenia. To był jej prywatny różaniec cierpienia, sposób na odzyskanie kontroli nad własnym ciałem, skoro nad umysłem i sercem panował już tylko on.
Nagle, w ciszy mieszkania, rozległ się dźwięk. To nie było powiadomienie z telefonu. To było pukanie do drzwi. Głośne, natarczywe, ciężkie.
Aleksandra zamarła. Serce podeszło jej do gardła. Nikt do niej nie przychodził o tej porze. Nikt nie pukał w ten sposób.
— Aleksandra! Otwieraj! — Głos Barnesa był stłumiony przez drewno, ale nie dało się go pomylić z żadnym innym. Brzmiał inaczej niż zwykle. Nie było w nim znudzenia. Była w nim... furiacka niecierpliwość.
Spanikowała. Gorączkowo zaczęła naciągać rękaw swetra, ale krew zaczęła już przesiąkać przez jasną dzianinę.
— Już! Chwileczkę! — krzyknęła, próbując opanować drżenie głosu.
Wstała, chwyciła ręcznik, owinęła nim ramię i pobiegła do przedpokoju. Kiedy otworzyła drzwi, Bucky niemal wpadł do środka. Wyglądał na potarganego, jego kurtka była rozpięta, a w oczach płonął dziwny, dziki ogień.
— Dlaczego nie odbierasz? — warknął, chwytając ją za zdrowe ramię i wpychając głębiej do mieszkania. — Dzwoniłem dziesięć razy.
Aleksandra spojrzała na niego zszokowana.
— Telefon... zostawiłam w kuchni. Nie słyszałam. Myślałam, że nie chcesz mnie widzieć przez trzy dni.
Bucky puścił ją i zaczął chodzić po pokoju jak zamknięty w klatce drapieżnik. Metalowa dłoń zaciskała się i otwierała rytmicznie.
— Próbowałem. Próbowałem cię olać, myślałem, że jak dam nam odetchnąć, to to napięcie minie. Ale nie mogłem przestać myśleć o tym, jak wyglądałaś ostatnio. Jakbyś miała zaraz pęknąć.
Zatrzymał się i spojrzał na nią. Aleksandra stała pod ścianą, kurczowo trzymając się za lewe przedramię ukryte pod swetrem. Była blada jak płótno, a jej oczy były nienaturalnie wielkie.
— Co ty robisz? — zapytał nagle, a jego głos złagodniał, co było o wiele bardziej przerażające niż jego krzyk. — Dlaczego tak się trzymasz?
— Nic... po prostu... boli mnie ręka. Uderzyłam się — skłamała, cofając się o krok.
Bucky zmrużył oczy. Przez lata był szkolony, by dostrzegać kłamstwo w najmniejszym drgnieniu mięśnia twarzy. Zrobił krok w jej stronę, a ona znów się cofnęła.
— Podejdź tutaj, Aleksandra — rozkazał. Tym razem w jego głosie nie było pogardy, tylko dziwna, stalowa troska.
— Nie, Bucky, naprawdę, wszystko jest w porządku. Możemy po prostu... usiąść? Chcesz kawy?
Barnes nie słuchał. W dwóch szybkich krokach dopadł do niej. Nie pozwolił jej uciec. Chwycił ją za lewy nadgarstek, a ona syknęła z bólu. Poczuł pod palcami coś wilgotnego. Coś ciepłego i lepkiego.
Jego twarz stężała. Jednym gwałtownym ruchem podciągnął jej rękaw.
Cisza, która zapadła w pokoju, była gorsza niż jakakolwiek kłótnia. Bucky patrzył na świeże, czerwone pręgi na jej jasnej skórze. Patrzył na krew, która wciąż sączyła się z nacięć. Jego oddech stał się ciężki, świszczący.
— Co to jest? — zapytał szeptem, który ciął jak brzytwa.
Aleksandra spuściła wzrok, a jej ciałem wstrząsnął pierwszy, gwałtowny szloch.
— To przez ciebie — wykrztusiła, nie mogąc już dłużej tego w sobie dusić. — To przez tę ciszę. Myślałam, że mnie nienawidzisz. Myślałam, że jestem nikim, jeśli ty się nie odzywasz. Musiałam... musiałam coś poczuć.
Bucky poczuł, jakby ktoś uderzył go prosto w splot słoneczny. On, Zimowy Żołnierz, człowiek, który widział i zadawał najgorsze tortury, poczuł nagle mdłości na widok tych kilku płytkich ran na ręce tej niewinnej dziewczyny. Bo wiedział, że to on trzymał ten nóż. To jego milczenie było ostrzem.
— Ty mała idiotko — mruknął, ale w jego głosie nie było już jadu. Była w nim bezbrzeżna, bolesna bezradność.
Pociągnął ją za sobą do łazienki. Posadził ją na brzegu wanny, tak jak ona siedziała tam sama kilka minut wcześniej. Wyjął apteczkę z szafki – wiedział dokładnie, gdzie jest, bo sam ją kiedyś przyniósł, „na wszelki wypadek”.
Zaczął przemywać jej rany wodą utlenioną. Robił to z precyzją chirurga, ale jego ludzka dłoń drżała. Aleksandra patrzyła na jego pochyloną głowę, na ciemne włosy opadające na czoło i nie mogła uwierzyć w to, co widzi. Bucky Barnes, władczy i gburowaty, teraz klęczał przed nią na podłodze, opatrując rany, które sam jej zadał.
— Dlaczego to zrobiłaś? — zapytał, nie podnosząc wzroku. — Przecież wiesz, że jestem draniem. Wiesz, że nie jestem wart ani jednej kropli twojej krwi.
— Dla ciebie to nic — szepnęła, pociągając nosem. — Dla ciebie to tylko zabawa, sposób na zabicie nudy. Ale dla mnie... ty jesteś wszystkim, co mam. Kiedy znikasz, nie ma mnie. Zostaje tylko ten ból.
Bucky odłożył gazę i spojrzał jej prosto w oczy. Po raz pierwszy od kiedy się znali, nie widziała w nich lodu. Widziała w nich coś, co przypominało głębokie, stare poczucie winy połączone z czymś, czego on sam panicznie się bał.
— Nie jesteś nikim, Aleksandra — powiedział szorstko, chwytając jej twarz w obie dłonie. — Jesteś jedyną osobą, która jeszcze potrafi na mnie patrzeć bez nienawiści. Myślałem, że jak będę cię trzymał na dystans, to cię uratuję. Myślałem, że jak będę hamski, to w końcu sama uciekniesz.
— Nie ucieknę — odpowiedziała, kładąc swoje dłonie na jego nadgarstkach. — Nie potrafię.
Bucky oparł czoło o jej czoło. Czuł zapach jej szamponu i metaliczny zapach krwi. To połączenie było esencją ich relacji – czystość zmieszana z destrukcją.
— To jest chore — mruknął. — My oboje jesteśmy chorzy.
— Wiem.
— Nie mogę ci obiecać, że będę dobrym człowiekiem. Nie mogę ci obiecać kwiatów i normalności. Ale... — urwał, jakby słowa więzły mu w gardle. — Nie rób tego więcej. Jeśli poczujesz, że znikasz, zadzwoń. Napisz. Nawet jeśli nie odpiszę od razu, nie myśl, że mnie nie obchodzisz.
Aleksandra poczuła, jak w jej piersi coś pęka. To nie była romantyczna deklaracja. To był układ zawarty w mroku, między dwojgiem rozbitych ludzi. Ale dla niej, w jej stanie emocjonalnego uzależnienia, było to jak obietnica zbawienia.
— Naprawdę ci zależy? — zapytała cicho, niemal lękliwie.
Bucky nie odpowiedział słowami. Zamiast tego przyciągnął ją do siebie i zamknął w uścisku tak mocnym, że niemal brakowało jej tchu. Jego metalowe ramię było zimne, ale jego klatka piersiowa promieniowała ciepłem. Aleksandra wtuliła się w niego, czując, jak napięcie ostatnich dni powoli opuszcza jej ciało.
Czuła się bezpieczna, choć wiedziała, że to bezpieczeństwo jest złudne. Wiedziała, że jutro Bucky znów może być opryskliwy, że znów może zniknąć, a ona znów będzie siedzieć na podłodze w łazience, wyczekując sygnału z telefonu.
— Zostań dzisiaj — poprosiła, głosząc to jako prośbę, choć brzmiało to jak błaganie.
Bucky odsunął się nieco i spojrzał na jej zabandażowaną rękę.
— Zostanę. Ale tylko dlatego, że muszę dopilnować, żebyś zjadła coś porządnego.
Poszli do sypialni. Bucky położył się obok niej, ale tym razem nie odwrócił się plecami. Pozwolił jej położyć głowę na swoim ramieniu. Aleksandra zamknęła oczy, wsłuchując się w miarowe bicie jego serca. Przez chwilę panowała idealna cisza – nie ta lepka i ciężka, która ją dusiła, ale inna, pełna obecności.
— Bucky? — szepnęła po chwili.
— Śpij, Aleksandra.
— Dziękuję.
Nie odpowiedział, ale poczuła, jak jego dłoń zaciska się nieco mocniej na jej ramieniu.
Zasnęła, czując chwilowy spokój narkomana, który dostał swoją dawkę. Jednak w głębi duszy, w tym małym kąciku świadomości, który jeszcze należał do niej, wiedziała gorzką prawdę. Bucky Barnes nie zaczął jej kochać w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. On po prostu zdał sobie sprawę, jak bardzo ona jest mu potrzebna jako tło dla jego własnego mroku. Jej autodestrukcja stała się lustrem dla jego własnej natury, a fakt, że zaczął o nią „dbać”, był tylko kolejnym etapem ich wspólnej agonii.
Bucky leżał w ciemności, patrząc w sufit długo po tym, jak ona zasnęła. Czuł na ramieniu jej ciężar i wiedział, że jest teraz za nią odpowiedzialny w sposób, którego nienawidził. Była jego ofiarą i jego jedyną kotwicą.
Wiedział, że powinien ją zostawić. Powinien odejść teraz, w środku nocy, i nigdy nie wrócić, by dać jej szansę na normalne życie z kimś, kto nie ma krwi na rękach. Ale kiedy poczuł, jak Aleksandra drży przez sen i instynktownie szuka jego bliskości, zacisnął zęby.
Nie odejdzie. Nie dlatego, że był dobrym człowiekiem, ale dlatego, że był egoistą. Potrzebował jej uwielbienia, jej bólu i jej całkowitego poddania, by czuć, że wciąż ma nad czymś władzę.
Pętla wokół szyi Aleksandry zacisnęła się jeszcze mocniej, a ona, czując ciepło jego ciała, uśmiechała się przez sen, nieświadoma, że to, co wzięła za ratunek, było jedynie ostatecznym przypieczętowaniem jej niewoli.
Kiedy rano zadzwonił jej telefon z powiadomieniem o pracy, Bucky sięgnął po niego pierwszy. Spojrzał na ekran, a potem na śpiącą dziewczynę. Wyłączył urządzenie i rzucił je w kąt pokoju.
— Dzisiaj nigdzie nie idziesz — mruknął do siebie, przyciągając ją bliżej.
Aleksandra obudziła się chwilę później. Zobaczyła go nad sobą i poczuła nagły przypływ euforii. Nie było telefonu, nie było pracy, nie było świata zewnętrznego. Był tylko on. I to było wszystko, czego kiedykolwiek chciała, nawet jeśli cena za tę chwilę była wyższa, niż mogła zapłacić.
— Jesteś moja, rozumiesz? — powiedział Bucky, a w jego głosie znów pojawiła się ta niebezpieczna, władcza nuta. — Nigdy więcej nie rób nic bez mojego pozwolenia. Nawet sobie krzywdy.
— Tak, James — odpowiedziała z uśmiechem, który nie sięgał jej pustych oczu. — Jestem twoja.
Wiedziała, że to kłamstwo, że ta „troska” jest tylko nową formą smyczy. Ale w tej chwili, w tym pokoju przesiąkniętym zapachem metalu i starych lęków, nie miało to żadnego znaczenia. Była uzależniona, a on był jej jedynym dostawcą. I dopóki był obok, mogła płonąć powolnym ogniem, udając, że to tylko ciepło domowego ogniska.